niedziela, 18 września 2022

WIADUKTY| MUCHOŁAPKA| SOKOŁOWSKO

 

Wyjazd ten był dość spontaniczny, w sumie do końca nie wiedziałem gdzie poniesie mnie Droga. Zakładałem jednak, że zostanę na jedną noc pod namiotem. Jak to wszystko się skończyło i jaki wpływ na mój stosunek do Smoka miała ta wyprawa przeczytacie poniżej.




 BUDZIK

Wstałem dość wcześnie, lecz nie ekstremalnie wcześnie. Szczerze mówiąc nie byłem porządnie spakowany, ani nawet przygotowany. Wszystkie klamoty leżały w kupie pod oknem i czekały na sensowne rozlokowanie. Brak organizacji sprawił, że straciłem kilka cennych minut miasta bez korków i porannego chaosu. Starałem się jednak nie denerwować i wszystkie czynności robić z wielkim spokojem.

Kiedy wyszedłem wyprowadzić motocykl ze stajenki, w osiedlowej, porannej ciszy usłyszałem czyjś naglący budzik. Gdy wracałem do domu budzik wciąż rozpaczliwie kwilił. Na świece zaczynało robić się jasno, więc i ja zacząłem odczuwać presję wymarszu nie mogąc wyłączyć budzika w swojej głowie.

Kiedy już uporałem się z pakowaniem i wyjazdem za miasto skierowałem Smoka w stronę Ząbkowic Śląskich. Szlak dobrze mi znany i lubiany, więc pozwoliłem Smokowi nadawać rytm i gdy oznajmiał mi zniecierpliwionym gulgotaniem, że chciałby polecieć mocniej, otwierałem przepustnice tu i tam sypnąwszy z rękawa.

Droga przyjęła nas dobrze, czułem to od razu. Prawie zawsze jestem w stanie wyczuć to już na początku trasy. W sercu wciąż tkwiła zadra. Pozwalając Smokowi wybierać drogę zastanawiałem się nad Jego użytkowością. Sumienie moje obciążały wyrzuty, że postąpiłem głupio pozbywając się GPZ, w zasadzie niczego do podróży już niewymagającej, bo odziedziczyła zestaw kufrów po poprzedniku. Bucefał to szeregowy motocykl, któremu ciężko przypisać obdarzanie kierowcy górnolotną gamą doznań. A jednak łatwość obsługi i przystępność, oraz większy zakres tolerancji, jeśli chodzi o jazdę poza asfaltem sprawiały, że w jakimś aspekcie Bucefał przewyższał Smoka.

 SREBRNA GÓRA I WIADUKT KOLEI ZĘBATEJ

Pogoda nam dopisuje, choć powoli robi się gorąco. Z Ząbkowic Śląskich odbijam bezpośrednio na Srebrną Górę. Zatrzymuję się na chwilę, tuż u podnóża góry. Miejscowość ma ciekawą historię, która można powiedzieć zerka na nas ze szczytu srebrodajnej macierzy skalnej. Opasłe mury Twierdzy Srebrno-górskiej to tylko niewielki fragment historycznego uwikłania, w jakim bez wątpienia pogrążona jest wieś. Z resztą kiedyś wsią niebędąca. Odkrycie rud srebra przyśpieszyło rozwój tej okolicy. Srebrna Góra pozyskała prawa miejskie za panowania książąt ziębickich, 23 czerwca 1536 roku.

Wcześniej, bo 1331 roku Srebrnej Górze nadano przywileje górnicze. Rozwój miejscowości załamał najazd husytów.

Wszystko to możecie przeczytać z łatwością w Internecie, a ja nie chcę brzmieć jak kolejny przedrukowany przewodnik.

Srebrna Góra to bardzo urokliwa miejscowość. Przebiega przez nią dobrze zachowana, brukowana ulica, po której Smok przejeżdża nader płynnie i bez grymaszenia. Przy tejże ulicy w szeregach stoją domy. Część z nich była niegdyś kwaterami oficerskimi, a część koszarami. O ile bogatsze kamienice zachowały się dość dobrze, o tyle przytulone do siebie budynki koszar wyglądają już nieco mizerniej. By do nich dotrzeć wspinamy się ze Smokiem pod górę jednocześnie pokonując ciasny zakręt. Tu rzut okiem na prawo, bo w dole widać Srebrną Górę i kawałek szerokiego horyzontu.

Droga jest paskudna i w remoncie. Przez ruch wahadłowy zmuszeni jesteśmy telepać się po szczątkach asfaltu tuż przy murach koszar. Jak nie trudno się domyślić zarówno kwatery oficerskie jak i koszary były częścią całego dużego założenia Twierdzy Srebrno-górskiej. O samej fortyfikacji napiszę w odrębnym poście.

 Jest wcześnie, a powietrze zaczyna się, co raz mocniej nagrzewać. Droga wyrzuca nas u podnóża góry, gdzie zewsząd atakują mnie informacje o parkingach, zakazach, nakazach i atrakcjach.

Kręcę się chwilę chaotycznie, co sprawia, że zaczynam się pocić z kolei Smok charczy wiatrakiem chłodnicy i wali gorącym powietrzem po nogach. Ostatecznie przystaję na kawałku pobocza. Na murze grozi nam zakaz parkowania. Mimo to daję sobie chwilę na szersze rozeznanie jak dotrzeć do wiaduktu kolejowego, a Smokowi po zgaszeniu silnika daję moment na dokończenie pracy wiatraka.

 Wówczas z góry schodzi jakiś turysta i mówi nam cześć. Smok, jak to Smok, po swojemu szczęka rozgrzanym metalem, a ja po ludzku odpowiadam - cześć.

Przechodzień przygląda się nam, choć może nie oszukujmy się, przygląda się Smokowi i po chwili pada jedno ze złotych pytań - jaka to pojemność.

 Przyznam szczerze, że dziwię się tym pytaniom o pojemność, bo Smok na ogonie wyraźnie na czerwono ma napisaną liczbę 600 z fikuśnym F na końcu. Doszedłem w końcu do wniosku, że to pytanie zastępcze. Mianowicie tuszuje ono chęć zapytania mnie jak to jest, że ktoś o tak "nikczemnej posturze" daje sobie radę ze Smoczyskiem. Oczywiście robię sobie żary ze swojej niskopienności. Pytań o pojemność i v-max nie sposób uniknąć niezależnie od tego, na czym jeżdżę.

 Po tym spotkaniu zdecydowałem, że wylądujemy na jednym z parkingów. Było grubo przed 10-tą, więc nikt jeszcze nie pobierał opłat. Plac parkingowy był pusty nie licząc jakiegoś umierającego cicho busa o zagraconym wnętrzu i stojącego na uboczu campera.

 Wiadukt kolei Sowio-górskiej znajduje się w "lesie". Aby do niego dotrzeć należy wyjść z parkingu i minąć wejście na Twierdzę. Dalej idąc asfaltem w stronę Nowej Rudy należy odbić w lewo po kilku metrach. Tu znajduje się nieco zarośnięta ścieżka. Jest też drogowskaz, ale łatwo go przeoczyć.

 O kolejce Sowio-górskiej można w skrócie powiedzieć tyle, że powstała w celach turystyczno - przemysłowych i z pewnością pozwalała na odbycie malowniczych podróży. Dzięki niej większe okoliczne miejscowości były ze sobą dobrze skomunikowane, co znacznie ułatwiało przemieszczanie się w czasach, kiedy ruch samochodowy raczkował. Zmierzch całej inwestycji przyniósł wybuch wojny.

Na odcinku z Woliborza do Srebrnej Góry stosowano kolej zębatą. Żeby pokonać przewyższenia terenu stosowano tu dodatkową szynę z wypustkami, a specjalne parowozy wyposażone były w koło zębate. Dzięki temu możliwe było pokonywanie nachyleń wynoszących od 5 do 6%. Lokomotywy osiągały na tym odcinku 9.6 km na godzinę.

Ścieżka wiodąca do wiaduktu jest dość stroma, sam zaś obiekt wyłania się tajemniczo zza drzew ukazując czerwień potężnej arkady. Wiadukt jest wysoki i imponuje swoją okazałością. Mimo wielu lat zaniedbań i nieużytkowania trzyma się zaskakująco dobrze i dzielnie broni przed wracającą po swoje roślinnością. Zdecydowanie warto tu zajrzeć.

KOPALNIA WĘGLA I MUCHOŁAPKA

Zrobiło się naprawdę gorąco, szczególnie po marszu w motocyklowych ciuchach. Smok podczas moich wiaduktowych zachwytów miał chwilę wytchnienia. Przy odpalaniu za-kaprysił nieco, okazując najwidoczniej niezadowolenie, że został sam. Odzywa mu się czasem ta fajko-cewka na drugim cylindrze od lewej. Na szczęście fochy nigdy nie trwają długo i gdy zapłon wraca do równowagi Smok tnie krajobraz przyjemnie mrucząc.

A jest, co ciąć w drodze ze Srebrnej Góry na Ludwikowice Kłodzkie. Nie brak tu zakrętów, a nawierzchnia jest tylko miejscami mocniej nadpsuta. Dźwięk motocykla odbija się od zboczy gór i ostatecznie jest wytłumiany gdzieś w lesie. Psuję zakręty jeden po drugim, bo ich nie znam i jeszcze nie potrafię dogadać się ze Smokiem, co do doboru biegu i prędkości obrotowej. Jego cierpliwe usposobienie sprawia, że nie tracę jednak przyjemności z jazdy, bo nawet, jeśli, że dobiorę bieg to Honda nie rzuca się i nie narowi. Zachowuje ten swój stalowy, japoński spokój, by za chwilę wychodząc z zakrętu ze jadem rzucić się na asfalt. Pomruki przechodzą w przyjemny wizd, czwórki w rzędzie, który kocham od dzieciństwa. Nieco ponad sto koni, nie daje odczuć mocniejszych przewyższeń. Zapas mocy sprawia, że Smok przelatuje na wzniesieniach bez wysiłku.

Do Muchołapki dotrzeć jest stosunkowo łatwo, jeśli ktoś gapi się w uwieszony na motocyklu GPS. Strzałka każe zjechać z ronda i skręcić z głównej w prawo na ul. Fabryczną. Jeśli ktoś tak jak ja unika elektroniki, to musi bacznie szukać banerów informujących o muzeum Molke III. Pojawiają się, ale są już nieco wyblakłe i można ich nie dojrzeć w kasku.

Z daleka widać wiszący nad drogą wiadukt kolejowy. Tak, kolejny, gdyż tak jak wspominałem rejon ten był dobrze skomunikowany.

Tony żelaza wygięte w łuki i podtrzymujące tory. Wsparte na kamiennych filarach robią wrażenie. Wiadukt ten jest częścią linii kolejowej z Kłodzka do Wałbrzych. Został rozpostarty nad potokiem i drogą biegnącą do Jugowa. Co ciekawe mało brakowało, a nie dotrwał by do naszych czasów. Wermacht miał, bowiem zamiar wysadzić tego kolosa w 1945. Obiekt uratowali kolejarze rozminowując go pewnej majowej nocy.

Przy drodze we wsi Miłków stoi potężna ruina, która na myśl przywodzi scenografię z filmu wojennego, lub takiego, który obrazuje koniec ludzkości. To pozostałości po kopalni Wacław. W cieniu upiornego, budowlanego umrzyka stoją stare domy, w których żyją ludzie. Dzieci bawią się tuż przy drodze.

Kopalnia działała od 1771 roku i dzięki niej region Nowej Rudy rozwijał się prężnie. Po wybuchu wojny kopalnię przerobiono na zakłady wytwarzające amunicję i wcielono w element potężnego projektu – Reise.

 Miejsce, do którego zmierzam, jest ściśle powiązane z kopalnią.

Do muzeum wiedzie brama, której strzegą dwie wieżyczki z groźnie wyszczerzonymi otworami strzelniczymi. Już z daleka widać blady szkielet muchołapki. Na terenie muzeum znajduje się również bunkier, plac przyozdabia kilka militarnych reliktów.

Zwiedzanie kosztuje 20zł.

Przewodnik opowiada ciekawie i treściwie, później czas wolny i samodzielne zwiedzanie bunkra.

Co do samej muchołapki to są to pozostałości po chłodni ściśle związanej z kopalnią. Wokół tego obiektu narosła masa spekulacji i teorii spiskowych. Mówiono nawet, że w zbiorniku, który obecnie jest zasypany, była radioaktywna woda, o czym przestrzega starty już nieco napis na jednym z filarów. Ponad to niektórzy z odkrywców i badaczy Muchołapki byli skłonni twierdzić, że była to część antygrawitacyjnej technologii III Rzeszy. Dowodem na te teorie miały być tajemnicze przewody biegnące pod ziemią. Jak było i jest w rzeczywistości? Cóż, zajrzyjcie do Muzeum Molke III i przekonajcie się sami :D

Oprócz tajemnic i ciekawostek miejsce to ma też mroczną przeszłość. Sama kopalnia w 1930 Roku pochłonęła 151 ofiar. Zdjęcia z pogrzebu górników i pracowników mocno oddają skalę tragedii, jaka dotknęła żyjących tu ludzi.

Nie można zapomnieć też o ofiarach zbrodniczej polityki Hitlera. W fabryce amunicji, która tu przez jakiś czas funkcjonowała, wykorzystywano przymusowych pracowników wielu narodowości. W ciężkich warunkach umierali zarówno mężczyźni jak i kobiety. Należy o tym pamiętać zachwycając się pięknem okolicy i wsłuchując w historię o doskonale prosperującej starej kopalni Wacław.

SZYBOWCE

Po obejrzeniu bunkra przed wejściem do niego zagadnęła mnie jedna z pań, która wraz z rodziną też przyjechała zobaczyć Muchołapkę. Zapytała mianowicie, jak wyglądało lądowanie tak zwaną „latającą bombą V1”, której replika stała przed bunkrem. Wywiązała się między nami dyskusja na temat kół w szybowcach. Do tamtego momentu byłem, jakość tak upośledzenie przekonany, że szybowce nie posiadają kół i lądują „na brzuchu”. Starsza pani szybko wyprowadziła mnie z błędu. Okazało się, bowiem, że sama dużo latała szybowcami. Byłem pod wrażeniem. Opowiedziała mi kilka swoich historii i doświadczeń. Dowiedziałem się min., że lot w chmurach jest dość trudny i ludzkie zmysły tracą zupełnie orientację, do tego stopnia, że pilot potrafi wylecieć z obłoków do góry nogami, choć mózg przekonany jest o zupełnie poprawnej pozycji. Pani opowiadała ze swadą i nieukrywaną nostalgią. Mówiła o zawodach, które ciągną się czasem na wiele kilometrów, o technice, co robić żeby szybowiec nie wywrócił fikołka w powietrzu. Jej szybowcowa pasja miała taki sam wymiar jak moja motocyklowa. Przyjemnie się jej słuchało, a gdy zadawałem pewnie dość laickie i głupiutkie pytania, odpowiadała z pełnym profesjonalizmem. To było miłe dopełnienie przygody w muzeum, które przerwał syn pani pilotki upomniawszy ją, że czas ruszać dalej.

Co do samej repliki to nawiązuje ona również do innej kobiety pilotki. Niejakiej Hanny Reitsch, która wyróżniła się, jako pilot testowy, lotniczych technologii Hitlera. Osoba o mocnym charakterze i ewidentnie uzależniona od adrenaliny i sterowania wszystkim, co ma skrzydła. Latające V1 były konstrukcjami, które pilotować mogli ludzie nieznający strachu przed samobójczą śmiercią. Hanna testowała je udowadniając, że należy do takich właśnie osób. Z resztą jej brawura wybrzmiała, gdy zdecydowała się lecieć w sukurs Hitlerowi. W 1945 roku, kiedy Berlin był już oblężony przez Armię Czerwoną, zdecydowała się na ekstremalny lot ewakuacyjny. Należy pamiętać, ze podczas wojny niebo było pod ciągłym ostrzałem przeciwlotniczym, szczególnie w tak kulminacyjnym momencie, jak przejście Rosjan pod stolicę Niemiec. Mimo to Reitsch zdołała się przedrzeć do bunkra, w którym schronił się Hitler. Z niewiadomych przyczyn zbrodniarz odmówił ewakuacji samolotem. Hanna mocno zaznaczyła swoją obecność w lotnictwie Luftwaffe, za co została uznana za bohaterkę III Rzeszy i odznaczona Krzyżem Żelaznym. Co ciekawe po wojnie Reitsch nie porzuciła latania i wzięła udział w mistrzostwach świata, na których z resztą była jedyną kobietą. Zdobyła 3-cie miejsce.

 Jej poparcie dla zbrodniczych działań Hitlera oczywiście zasługuje na potępienie. Zrzucanie bomb na innych ludzi nigdy nie powinno wywoływać zachwytu. Mimo to odnoszę wrażenie, że Hanna w potwornej wojennej rzeczywistości odnalazła coś, co wyznaczało sens jej życia – latanie i samoloty, dla których gotowa była zrobić wszystko – nawet poświęcić swoje własne człowieczeństwo.

NOWA RUDA

Jest bardzo ciepło i zaczynam się grzać. Droga do Nowej Rudy oznaczona numerem 381, jest przyjemna po chwili przechodzi w szosę o numerze 385. Smok spokojnie wlatuje do miasta. Bywam tu dość często, dlatego nie mam problemu z trafieniem do centrum na rynek. Miasto usytuowane jest jakby na kilku poziomach. Z początku można się nieco zagubić w splotach ulic, jednak Nowa Ruda nie jest olbrzymią metropolią. Nawet, jeśli ktoś jest tu pierwszy raz i kluczy to nic nie traci, bo jest tu, na co popatrzeć.  Nie brakuje w Nowej Rudzie starych kamienic, wąskich tajemniczych uliczek i mostków.

Rynek posiada ładny ratusz. Jego fasada przyciąga wzrok rozmaitością dekoracyjnych szczegółów. Jak to często w niewielkich miejscowościach bywa, ruch samochodowy nie jest jakoś szczególnie ograniczany, toteż do serca miasta można wjechać bez przeszkód i zakazów. Dla samochodów problematyczny może okazać się parking. Większość miejsc postoju pozajmowana jest, bowiem przez mieszkańców żyjących w okalających ratusz kamienicach. Motocykl wciśnie się wszędzie. Ja zmierzam do Dobrej Nowiny, którą zwykle odwiedzam, kiedy jestem w Nowej Rudzie.

Zsiadam ze Smoka i dusząc się już we własnym sosie, przepycham go pod kawiarnię. Niestety akurat na tym odcinku, który muszę pokonać jest zakaz ruchu, a straż miejska patroluje rynek bardzo często. Smok zwykle zostaje pod ogródkiem piwnym i nigdy nikt nie miał z tym problemu. Motocykl nosi na sobie cały mój dobytek, więc chcę mieć go zawsze w zasięgu wzroku.

W Dobrej Nowinie zrzucam z siebie w pierwszej kolejności kurtkę i siadam na chwilę, po prostu odpoczywając i schładzając się. Zamawiam zimną lemoniadę i przy okazji kupuję książkę. To między innymi przez nią chcę zajrzeć do Sokołowska.

Popijam zimną słodycz i robię kilka notatek w dzienniku, przy okazji zgarniam pieczątkę. Już drugą tego dnia, bo pierwszą otrzymałem w Muzeum Molke III. Trochę tuszu, a jak cieszy!

Długo jednak nie mogę usiedzieć w miejscu, co jest moim ogromnym problemem w podróżach i na wycieczkach. Jak już wsiądę na Smoka to ciężko mi się od niego odkleić, mimo, że niekiedy zmęczenie dręczy mnie już bardzo mocno. Wciąż nad tym pracuję, by nie żałować czasu na przerwy i zdjęcia.

Pakuję się i ruszam w stronę jednego z moich ukochanych miejsc na Dolnoślaskiej Ziemi.

SAMOTNY BIAŁY KRZYŻ

Jadę w stronę Tłumaczowa i dalej kierując się znakiem na Świerki odbijam na prawo. Droga jest okrutnie szczerbata i szpetna, jeśli chodzi o nawierzchnię. Prowadzi jednak wyżej i wyżej, pojawiają się ostrzejsze zakręty i piękne widoki na Góry Sowie po polskiej stronie i Sudety Wałbrzyskie widniejące na horyzoncie bardziej od czeskiej granicy.

Później droga rozwidla się. Zniszczony odcinek ciągnie się dalej prosto pod górę, ja odbijam na prawo i asfalt jest tu już bardziej gładki. Droga jest wąska i przybrudzona rudawym pyłem z pól. Wiedzie w górę między łagodnymi wzniesieniami, spadającymi niekiedy ostrzej w dół. To głównie pola, łąki i pastwiska, po których nieśpiesznie spacerują duże stada krów. Miejsce to odkryłem jakiś czas temu, podążając tropem z książki. Wówczas jechałem na Małej Moskwie, dzięki czemu mogłem pozwolić sobie na zjazd z utwardzonej drogi i zaznać jeszcze piękniejszych widoków. Dla Smoka jednak szlak urywa się wraz z asfaltem.

Mocno zastanawiałem się, czy Smok mnie nie ogranicza przez to, że nie jest w stanie z łatwością pokonać luźno rozrzuconych po szlaku kamieni. Czy nie za bardzo rozdrażnia mnie to telepanie się na słabej, jakości drogach, a embrionalna pozycja nie za ostro daje się we znaki ramionom. Podczas tej wycieczki, gdy jechaliśmy między zboczami gór rozumiałem, że niewygoda i dyskomfort do cena za zrealizowane marzenie. Zderzenie oczekiwań i rzeczywistości, które starło w proch romantyzm i wywołało niemałą frustrację. Mimo to, kiedy Smok przeszedł w moje ręce i kiedy pokonywaliśmy razem pierwsze kilometry czułem, że oto jest maszyna skrojona dla mnie. Cieszy mnie w nim każdy szczegół. Od całej zwartej bryły, przez detale takie jak korek wlewu paliwa, po pracę silnika, której autentycznie słucham jadąc i nigdy mnie ona nie męczy. Pojąłem w końcu, że mogę jechać na Smoku na koniec świata, ale pod pewnymi warunkami, z którymi muszę się pogodzić, szanując charakterystykę smoczego przeznaczenia. Rozwiązaniem na frustrację natomiast, jest używanie Moskwy do bardziej offroadowych wyjazdów, lub po prostu z czasem zakup motocykla, który lepiej znosi błoto i koleiny, nie koniecznie rezygnując z posiadania Smoka.

Myśli te znacznie mnie uspokoiły i pojednały z Hondą jeszcze mocniej. Staliśmy przecież razem w jednym z piękniejszych zakątków naszego regionu. Pod samotnym białym krzyżem. Gościła nas Krzywa Łąka, a na horyzoncie rozpościerał się szary zarys gór. Jakaś część dróg była dla na niedostępna, ale przecież reszta krajobrazu stała zamaszystym otworem tuż przed nami.

W dół zjechałem nie odpalając Smoka. Szumiał tylko pęd powietrza i łańcuch. Ciekawie było by tak podróżować w ciszy. Oferują to pojazdy elektryczne, do których jednak wciąż brak mi przekonania. Silnik Smoka kojąco, rytmicznie i tak pięknie gra w rzędzie pod batutą kwartetu gaźników. To wrodzona i nieodzowna cecha motocykli. Dźwięk pracy spalinowego silnika, który choć zmienia tony i gamy, gra w motocyklowych ramach od prawie 140 lat.

 DWA TUNELE

 Wracam do Nowej Rudy. Moim kolejnym celem jest Jedlina – Zdrój.

Drogą 381 suniemy ze Smokiem zupełnie się nie śpiesząc. Przystajemy jeszcze na chwilę przyjrzeć się dwóm dziurom w zboczu góry nazywanej Świerkową Kopą.

Z początku tunel był jeden, a wybudowano go w latach 1876-79. Kolej zyskiwała wówczas, co raz większy status, ułatwiała i upowszechniała mobilność nie tylko cywilną, ale i militarną. Tunel ma długość 1171m i był częścią linii łączącej Wałbrzych i Kłodzko. Drugi tunel wybudowano w latach 1909 -11. Jego długość wynosi 1168m, więc można powiedzieć, że to taki młodszy brat pierwszego tunelu.

Wyobraźcie sobie jak musiał wyglądać przejazd parowozem przez takie tunele. Co prawda są one wyposażone w wentylacje, ale z pewnością nie uchroniło to pasażerów od jazdy w kłębach dymu. Obiekt ma w swojej historii jedną ciemną plamę. W 1945 roku przez spad torowiska w tunelu doszło do katastrofy składu medycznego jadącego w kierunku Wałbrzycha. Pociąg cofnął się i rozpędzony własną masą oraz obniżeniem terenu, staczał się szybko w stronę Kłodzka. Chcąc wyhamować skład zdecydowano się na skierowanie pociągu na boczny tor znajdujący się w Ludwikowicach Kłodzkich. Szacowano, że przewyższenie terenu siłą grawitacyjną zwolni skład i uda się go bezpiecznie odhamować. Niestety rozpędzone tony żelaza pokonały podjazd z wciąż dużą prędkością wyłamując kozioł oporowy. Wagony spadły w dół i doszło pożaru. Możemy sobie tylko wyobrazić jak dramatycznie mogło to wyglądać i jak wiele ofiar poniosło śmierć i obrażenia. Nikt wówczas nie podał dokładnych danych odnośnie katastrofy.

Tunele wciąż są atrakcją i nie brakuje śmiałków, którzy zanurzają się w ciemny kolejowy korytarz z okopconymi przez lokomotywę ścianami. Przy tunelu znajduje się również małe muzeum, z którego jednak tego dnia zrezygnowałem.

WAGON AMERICA

Do Jedliny trafiłem bez problemu. Droga przyjemna, dobrej, jakości i szeroka. Później za znakami Smok odbił na lewo ku pałacowi Jedlinka.

Do pałacu przejdę jednak później. Tego dnia chciałem zobaczyć słynny wagon Hitlera, którego replika stoi przy majątku.

Zwiedzanie wagonu kosztuje 10zł. Można połączyć je ze zwiedzaniem pałacu, wówczas bilet jest nieco droższy. Kasa znajduje się w portierni pałacu, na lewo od wejścia. Dzięki uprzejmości pani z kasy biletowej, mogłem zostawić kurtkę i kask w pałacu i spokojnie uzbrojony w aparat zwiedzać wagon. Słabość do kolei wciąż jest we mnie żywa, więc jeśli jest okazja to chętnie oglądam czy to obiekty kolejowej architektury, czy też same pojazdy.

W Górach Sowich ciężko się nie potknąć o historię początków i rozwoju kolei. Rozbudowana sieć komunikacyjna pozwoliła Hitlerowi na szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce i bycie w centrum wydarzeń, gdy było to konieczne. Właśnie, dlatego powstały specjalne składy mające ułatwić działania wojenne zbrodniarzowi.

Nie chcę opowiadać Wam całej historii składu America, bo po to powinniście zjawić się osobiście w Jedlince. W skrócie powiem tylko tyle, że wagon Hitlera podejmował wielu ówczesnych politycznych, ważnych, decydentów i jak mówią sami twórcy makiety, był światkiem wojennych losów świata. Niech Was nie zraża skromne wyposażenie wagonu. Projekt jest wciąż w etapie rozwoju. Wewnątrz odbywa się pokaz filmowy, dzięki któremu poznacie losy specjalnych składów Hitlera. Moją uwagę przyciągnął duży Telefunken. Szafa grająca, bo poza radiem na wyposażeniu pociągu znajdowała się również radiostacja krótkofalowa od tej samej firmy. Przyjrzałem się i jak to w starych radiach na skali widniały europejskie stolice, które kiedyś powszechnie nadawały na falach długich.

Poza salonką obok znajduje się kwatera sekretarek. Na wyposażeniu są ciekawe maszyny do pisania. Przewodnik zwraca uwagę na ciasnotę pomieszczenia. Wy też zwróćcie. Praca w takiej kwaterze musiała być szczególnie ciężka podczas upałów.


Ciekawym eksponatem jest również telefon SIMENS, wiszący w budce strażnika. Co ciekawe podobno wciąż jest sprawny, choć służbowy, więc nie ma wyjścia na miasto :D

PAŁAC

Pałac w Jedlince zamierzam zwiedzić innym razem. Nie mniej robi on na mnie wrażenie już sama obszerną fasadą. Jest zadbany. Podczas wojny mieściła się tu organizacja projektowa Todt. Po wojnie pałac spustoszono i uczyniono zeń magazyn. Losy tego obiektu skończyły się szczęśliwie dzięki przejściu w dobre ręce prywatne. Obecnie jest tu również hotel. Pałac Jedlinka jest też często pokazywany na kanale History Hiking, który serdecznie polecam!


BROWAR

Przy pałacu funkcjonuje mały, regionalny browar. Wewnątrz możecie zobaczyć kadzie, w których ciężko pracuje piwo, by trafiając do butelki zaspokoić pragnienie smakoszy. Możecie kupić na pamiątkę kilka rodzajów złotego trunku, lub usiąść na miejscu, napawać się widokiem pałacu i poczuć zapach pracującego piwa. Polecam. Sam zaopatrzyłem się w małą buteleczkę pszeniczniaka i nie żałuję. Gama smakowa, szczerze mówiąc, zaskoczyła mnie, ale piwo było zdecydowanie dobre.

FOKKER

Ciężko nie zauważyć sylwetki czerwonego samolotu odznaczającego się na tle bladego pałacu. To słynny Fokker DR1. Myśliwiec z I wojny. Ten trzypłatowiec jest wręcz ikoniczny i dobrze znany w świecie popkultury. Był techniczną odpowiedzią na brytyjskie Sopwith Triplane-y zaprojektowaną przez Antona Fokkera. Znanym pilotem tego samolotu był Manfred Richthofen, którego zwano Czerwonym Baronem. Nie wiem czy to słusznie jest wciąż święcić statystyki „wojennych bohaterów” nie mniej Manfred stał się asem lotniczym i miał na swoim koncie wiele zwycięskich powietrznych bitw, mocno naprzykrzał się wojskom ententy, ale i on trafił w końcu na kogoś lepszego. Zginął pod Sommy zestrzelony przez wojska australijskie karabinem maszynowym. Z ciekawostek o Krwawym Baronie napiszę jeszcze tyle, że urodził się w Borku ( obecnie część Wrocławia), a żył w Świdnicy, gdzie również jest upamiętniony, co budzi sporo kontrowersji.

Ludzie i wojna swoją drogą, a mnie jak zwykle bardziej ciekawią maszyny.

Samolot Richthofena po zestrzeleniu spadł za liniami jego wrogów. Co ciekawe silnik z Fokkera znajduje się w Londynie w Imperial War Museum. Jednostka ta generowała moc 110 KM – czyli tak jak Smok. Fokker leciał 165km/h na wysokości 4000m, natomiast pułap wynosił 6000m. Myśliwiec miał zasięg 300km ( znów podobnie jak Smok) i był w stanie lecieć przez około 1,5h. Do obsługi wystarczał jeden szaleniec, do którego dyspozycji były dwa karabiny maszynowe LMG 08/15 o kal. 7,92. Manewry i ostrzał wymagały nie lada zręczności i koordynacji od pilota. Poza obsługą samolotu dochodziła jeszcze obserwacja, często praca w grupie bez łączności i obsługa karabinów.

DROGA DO SOKOŁOWSKA

Z Jedliny – Zdroju muszę się nieco cofną na drogę 380. Przez Rybnicę Małą, a Później Leśną zmierzam w stronę Unisławia Śląskiego. Szlak jest przyjemny. W dużej mierze prowadzi między lasami. W Rybnicy Leśnej zbaczam trochę z kursu i trafiam pod kopalnię melafiru. Tu droga jest tragiczna, ale warto było zobaczyć odsłonięte zbocze góry, z którego ludzie wyszarpują przyrodzie surowiec.

Później zawracam i jadę już w dobrym kierunku jedną z moich ulubionych dróg. Jest wąska i obstawiona drzewami, na które trzeba uważać, bo rosną blisko skrajni. Po prawej i lewej stronie rozciągają się pola i pastwiska. Wciąż są zielone. Na tej zieleni odznaczają się owce i krowy załatwiające swoje owczo-krowie sprawy miarowo i bez pośpiechu obchodząc swoje włości. Taka jest właśnie droga 380 na tym odcinku.

Z sielskich widoków droga wyrzuca nas pod ruinami kościoła ewangelickiego. Muszę przyznać, ze w ruinach kościołów jest coś niepokojącego. Ciężko to nazwać. Zwykle robię kilka zdjęć temu obiektowi i jadę dalej. I tym razem cicha ruina musi poczekać na zwiedzanie i szersze zapoznanie się z jej historią.

W Unisławiu Śląskim wjeżdżam na niewielki fragment drogi 35, by po niedługim czasie odbić za namową drogowskazu na Sokołowsko.

Smok przelatuje przez wąską źrenicę wiaduktu kolejowego. Bez wątpienia jest to kraina starych wiaduktów.

Droga jest dobra. Powoli i systematycznie z obu stron napierają na nią drzewa i zbocza gór. Robi się nieco ciemniej. Podobno jest to jedno z miejsc o bardzo małym nasileniu wiatru.

Jak wielu czytających turystów i mnie przywiodła tu historia z Empuzjonu, której wówczas jeszcze dokładnie nie znałem. Zamierzałem przed lekturą zobaczyć miejscowość, by lepiej móc imaginować ją sobie w głowie.

Droga doprowadziła mnie do potężnego ceglanego budynku. Widać, że gmach ma lata świetności za sobą, a te przypadały na 1855 rok, kiedy to założono tu sanatorium dla gruźlików. Obecnie temat Sokołowska jest dość mocno znany i po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę, bez trudu znajdziecie całą masę historii i ciekawostek.

Widać, że coś się z tym budynkiem dzieje, jest remontowany i po dwóch pożarach wraca do życia. W założeniu powstać tu ma ośrodek kulturalny związany ze sztuką współczesną. To bardzo dobra wiadomość. Kolejny zabytek zdobył szansę na ratunek od zapomnienia i powolne gnicie w milczeniu.

Objeżdżam Sokołowsko, które swoją obecną nazwę zawdzięcza Polakowi – Alfredowi Sokołowskiemu również związanemu z leczeniem chorób płucnych. Wcześniej miejscowość nosiła nazwę Gorbersdorf.

Miejsce jest naprawdę ciche i urokliwe. Trafiamy ze Smokiem na stary drewniany budynek, który obłazi z farby i wygląda na zupełnie opuszczony i zaniedbany, a jednak wciąż ma w sobie czar zamknięty w nietuzinkowej konstrukcji. To tak zwany Biały Domek, będący częścią sanatoryjnego założenia doktora Brehmera, dzięki któremu zaczęto leczyć ludzkie, płucne dolegliwości mikroklimatem.

Wcześniej stał tu dom kuracyjny hrabiny Marii von Colomb. W zasadzie to ona, jako pierwsza zachwyciła się okolicą i odkryła jej lecznicze możliwości. Dopiero później, gdy popadła w problemy finansowe, interes przejął i rozwinął jej szwagier Brehmer.

Smok ciągnie dalej. Dróżka jest wąziutka jak wstążka, ale o nadzwyczaj dobrej, jakości. Doprowadza nas do rozdroża. W prawo szlak się urywa i są już tylko góry i leśne dukty. W lewo zawija do „centrum” miejscowości. Po drodze mijamy mały ceglany budyneczek. To cerkiew, która wydaje się być tu zupełnie nie na miejscu.

Maleńka cerkiewka ze złotą, przyciągającą wzrok kopułką, to fundacja metropolity petersburskiego, który wraz z Bractwem św. Włodzimierza wystarał się o budowę świątyni w latach 1900-01. Miała ona służyć prawosławnym pacjentom szukającym ratunku dla swoich płuc w Sokołowsku.

Losy cerkwi były zawiłe, bo po wojnie zdarzyło jej się być kostnicą, a później prywatną kwaterą mieszkalną – domkiem letniskowym. Władze prawosławne w Polsce dowiedziały się o jej istnieniu u schyłku lat 80. Poczyniono kroki, by świątynię wykupić i przywrócić jej dawną funkcję, którą pełni do dziś.

ROZTERKI

W Sokołowsku jest do zobaczenia wiele więcej, ale dopadło mnie już zmęczenie, Smok przeprowadził nas dalej przez wąskie uliczki. Minęliśmy kolejne pensjonaty i wylądowaliśmy przy kawiarenkach ułożonych naprzeciw siebie po obu stronach ulicy. Kusiło mnie ciepło kawy i wygoda jakiegoś miękkiego fotela. Mimo to wrzuciłem jedynkę. Smok stuknął skrzynią i zatrzymaliśmy się na parkingu, z dala od innych ludzi i maszyn.

Zastanawiałem się czy nie zostać gdzieś na noc. Byłem na to gotowy, bo miałem ze sobą namiot i cały szpej zapewniający mi niezależność i ciepłe posiłki. Od wyjazdu z domu nie mieliśmy dłuższej przerwy i nieco spadło mi morale.

Smok cykał rozprężającym się metalem, a ja rozmawiałem z Dżigersem przez telefon. Okazało się, ze też wyjechał z domu, ale dołączyć do mnie nie może, bo jutro pracuje itp. Itd. Ostatecznie uznałem, że podjadę do Wałbrzycha i tam zdecyduję, wszak, jeśli miałem gdzieś nocować to musiałem zdobyć jakąś kolację i coś na śniadanie.

W Wałbrzychu dzwoniłem po polach namiotowych. Jeden numer nie odbierał, a pod drugim odezwał się facet, który był już mocno podchmielony i wymyślił taką cenę za spanie pod namiotem, że równie dobrze mógłbym wynająć za to pokój w jakimś hoteliku.

Rozdrażniony i zmęczony stwierdziłem, że wrócę do Wrocławia i przy okazji zobaczę się z dawno niewidzianym przyjacielem.

MARZENIA W PARZE

Umówiliśmy się w połowie drogi. Wypadło na Świdnicę. Dżigers był już pod Sobótką, więc oboje mieliśmy relatywnie blisko.

Zajechałem, jako pierwszy i odpoczywałem siedząc na krawężniku. Zaczęła mnie boleć głowa. Dość mocna to oznaka zmęczenia. Może trzeba było zostać w Sokołowsku i kurować się craftem z Jedlinki?

Przyjaciel mój nadjechał w otoczeniu klekotania, stukania i dźwięków, które użytkowników japońskich motocykli przyprawiają o stan przedzawałowy. Tymczasem u miłośników L- Twinów wywołują zachwyt i szeroki uśmiech. Spodziewałem się, że Dżigers stał się niedawno właścicielem Ducati Monstera. Próbował to przede mną ukryć, ale podskórnie wyczuwałem, że coś się święci. Tym bardziej, że pewnego dnia powiedział, że był na jakieś misji i to dość daleko. Kiedyś raz mu się udało mnie zaskoczyć nagłą zmianą motocykla, tym razem byłem już czujny.

Kiedy Ducati stanęło obok Hondy dopełnił się jakiś symbol naszej znajomości. Pomysły na siebie i motocykle mieliśmy różne. Jednak Dżigersowi zawsze marzyła się włoska egzotyka, a mi japońska ikona. Teraz obie te wartości ze sfery marzeń przeistoczyły się w dwa fantastyczne motocykle. Tak samo różne pod wieloma względami jak my, jednak wciąż posiadające wspólną ogniskową, jaką jest możliwość przenoszenia człowieka w przestrzeni, a nie rzadko też i w „czasie”.

Dzień zakończyliśmy wspólnym powrotem do domu. W Sobótce dołączyła do nas Gosia, właścicielka czarnej ER5. Jechaliśmy w stronę domu w barwach zachodzącego słońca. Brzmi epicko i nieco westernowo, ale w gruncie rzeczy było całkiem przyziemnie, swojsko i motocyklowo.

 

 BONUS



 

 

 

 

 

 

 

 

 

1 komentarz:

  1. Fajnie spojrzeć na znane kąty przez pryzmat czyichś spostrzeżeń. Z dużego wiaduktu w SG jest ładna droga przez las do małego, żdanowskiego (gdzieś tam nawet wrzucałam na bloga ;) ). Zazdroszczę spotkania z pilotką - za mną też już od dawna chodzi taki lot bezsilnikowy, choć wyłącznie w celach widokowych. W ogóle świetnie opisujesz wycinki historii, nie tylko w tym wpisie - nowa wiedza doskonale „wchodzi”.

    A odnośnie wsłuchiwania się, to głównie dlatego nagrywam kamerką, żeby po skończonej wycieczce jeszcze sobie przedłużyć tę przyjemność ;) Z jazdą i przerwami mam podobnie, ale dla mnie głównym argumentem jednak było, że w zmęczeniu jazda tak nie cieszy plus popełnia się błędy, więc jednak warto brać poprawkę na swoją kondycję (albo ją poprawić, do czego też w końcu doszłam ;) ). Ograniczenia, jakie niesie typ motocykla, to cena, którą najczęściej warto zapłacić, zresztą jak się już trochę wytłukło po bezdrożach, to dla odmiany człowiek już sam szuka tych lepszych nawierzchni, nie żałując aż tak tych słabych, choć wiadomo, że czasem się tak odkrywało bezcenne miejscówki. Ale jeśli jazda sportem cieszy serce, to nie ma co szukać dziury w całym, człowiek się nie rozdwoi, żeby mieć wszystko ;) Albo właśnie można podejść strategicznie i mieć kilka sprzętów do osobnych celów (choć ja i tak lubię używać swoich niezgodnie z przeznaczeniem XD).

    OdpowiedzUsuń