piątek, 16 września 2022

MOST DIABŁA| PODRÓŻE W CZASIE - CZYLI WAKACJE 2022

Sierpień to miesiąc, w którym jeżdżę zdecydowanie najwięcej. Zachęca do tego pogoda, która nie zabija upałem, (choć w tym roku gorąco było stosunkowo długo), oraz okoliczności, jakimi są pierwsze lekkie drgnięcia jesieni. Kiedy chce się jeździć to nie chce się pisać, a jak się nie chce pisać, to pomysły i relacje zaczynają odkładać się niczym wiewiórcze zapasy na zimę. Problem w tym, że tak samo jak wiewiórki z czasem potrafię zapomnieć o "skrytce" ze wspomnieniami i blog ubożeje. Wciąż pracuję nad tym by to zmienić.




 

W TABORZE

Wyjazd zorganizowaliśmy inaczej niż zazwyczaj. Zwykle z Kat podróżujemy na motocyklu razem. Mamy w tym, jako taką wprawę i nie mamy problemu z pakowaniem się w niewielką przestrzeń, jaką oferują kufry motocyklowe. Niestety Smok jeszcze się swoich nie dorobił, a ponad to wyjazd był zorganizowany na trzy osoby i psa. Poza mną i Kat udział w wyprawie wzięła koleżanka Kat, J i jej czworonożny przyjaciel pan B. Dlatego też sytuacja wymagała poszerzenia taboru o niezawodnego, choć już leciwego VW Golfa 3 z 96 roku o wdzięcznym imieniu - Wiesio.

 Wiesio to codzienny kompan Kat, którego nabyła jakiś czas temu. Auto jest dobrze utrzymane, choć widać na nim tu i tam blizny bojowe. Wielką zaletą Wiesia jest 30 litrowy zbiornik na gaz, połączony z dość ekonomiczną instalacją.

 Wiesio spokojnie pomieścił bagaże trzech osób, przewidziane na dwie doby noclegów, oraz wcale nie taki drobny, jak na niedużego psa, dobytek pana B. Dla mnie możliwość wrzucenia wszystkiego do samochodu, była zbawienna, nie ma nic lepszego niż jazda w trasie bez zbędnych klamotów. Taka swoboda to czysta rozkosz czerpana z jazdy.

Spokojnie spakowani wyruszyliśmy w stronę pierwszego punktu programu.


 LIPINKI ŁUŻYCKIE - KULTOWA STYRTA I ŁĄCZNA 43

Jazda w zespole: Smok - Wiesio - wymagała przyzwyczajenia i złapania rytmu. Początkowo zamiarowałem jechać na tę wyprawę Moskwą, lecz wymaga ona nieco odświeżenia i poprawienia kilku sezonowych drobnostek. Ostatecznie wybór Smoka był trafiony, choć wróciłem z tego wyjazdu sfrustrowany i przybity. No, ale o tym później. Smok zdecydowanie lepiej trzymał tępo niż Mała Moskwa, dzięki czemu prędkość przelotowa była bardziej elastyczna. Prawda, zdarzało nam się nudzić, kiedy wlekliśmy się za autobusem. Smok podrażniony boczył się i nie mogłem dobrać mu biegu. Jednak, kiedy szosa była wolna i Wiesio mknął przed siebie tnąc krajobraz swoją elegancką czerwienią, razem ze Smokiem łapaliśmy rytm samochodu i jazda była zupełnie przyjemna.

Było gorąco i słonecznie. O ile się nie zatrzymywaliśmy prawie nie czuć było wyciskającej ze mnie, dosłownie siódme poty, temperatury. Dla rozrywki i zabawy stwierdziliśmy, że chcemy odwiedzić słynne Lipinki Łużyckie. Te znane z nagranej rozmowy telefonicznej, starszej kobiety z policją. Zabawa, zabawą, ale Łużyce to naprawdę ciekawy region posiadający własne smaczki kulturowe i folklorowe. Warto zgłębić temat.

Krótką przerwę zrobiliśmy około Żagania, gdyż z drogi dojrzałem czołgi stojące przy Wojskowym Centrum Rekrutacji. Duże maszyny, przy których Smok wygląda jak pisklę, pomalowane na charakterystyczny zielony kolor w odcieniu zgniłym, zawsze robią na mnie wrażenie. Chyba nie chodzi nawet o możliwości bojowe i zdolność niesienia śmierci i pożogi, a o konstrukcyjno - jezdne możliwości tych grubo-blachych pancerników. Smok trzymał się na dystans, ja oglądałem, a po chwili dołączyły dziewczyny z panem B. Kilka zdjęć, powrót do pojazdów, trochę narzekań na gorąc i ruszyliśmy dalej.

Nim dojechaliśmy do Lipinek zatrzymaliśmy się jeszcze w Żarach. Nie będę ukrywać, że miejsce to nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Samo miasto jakieś takie rozciągnięte, wydaje się być mocno ufabrycznione. Za to okoliczne drogi, choć nie zawsze o dobrej, jakości uznaję za ciekawe i dość ładne, mimo powszechnej płaskości terenu.

Lipinki Łużyckie zaskoczyły mnie swoimi rozmiarami. Myślałem, że będzie to jakaś malutka zapomniana wioseczka, tymczasem to spora i ładna miejscowość. Nie ma się jednak, co dziwić. Lipinki ulokowane są na trakcie solnym, z początku istniała tu średniowieczna osada łużycka, która dzięki przechodzącemu tędy traktowi handlowemu ( będącemu częścią Via Regia), miała szansę się rozwinąć. W Lipinkach, poza poszukiwaniem styrty, można zobaczyć późnogotycki kościół, ufundowany przez Johanna I Schoenaich, który jak mówią źródła był rycerzem - lennikiem rodu Bibernsteinów osiadłych w Żarach. Warto poświęcić chwilę Lipinkom, gdyż zachowało się tu sporo architektury z XVIII oraz XIX wieku. Tropem samych Bibernsteinów też warto pójść, gdyż i w Żarach i na Dolnym Śląsku, wciąż można natknąć się na to co pozostawił po sobie ten szlachecki ród. Jeszcze bardziej wścibskich i lubiących czytać odsyłam do Trylogii Husyckiej, A. Sapkowskiego.

Byliśmy na słynnej Łącznej 43, gdzie Kat w ramach zabawy w geocaching, zostawiła coś dla poszukiwaczy logów. Mam nadzieję, że gdy wpis będzie już na blogu, skrytka będzie aktywna.

CAMPING I WEHIKUŁ WIESIO

Z Lipinek Łużyckich odbiliśmy nieco w dół, kierując się na Łęknicę. To tuż przy granicy z Niemcami. Kat wyznaczyła to miejsce, jako bazę odpoczynkową przed wyruszeniem do Kromlau. Droga dobra, choć to właśnie tu męczyła mnie podróż w tempie autobusu. Smok nagrzewał się szybko i smażył mi pośladki gorącymi wyziewami z silnika. Nie mogąc dłużej wytrzymać pognałem go na pełnym otwarciu przepustnic zostawiając w tyle autobus, Wiesia, dziewczyny i mającego wszystko w nosie pana B.

Smok leciał chętnie gładko przyśpieszając po dobrej szerokiej szosie. Pęd powietrza i szybszy przepływ płynów schłodził go nieco. Ten wybryk sprawił, że nagle znalazłem się w Łęknicy na rondzie. W kieszeni na klacie czułem tłukący się niczym złapany w słoik trzmiel, telefon. O ho! Kat zadzwoniła nieco rozdrażniona i głosem ociekającym sarkazmem kazała nam zawrócić. Skończyło się na tym, że dostaliśmy zakaz na tego typu wyskoki. Parę metrów po tym jak rozpoczęliśmy ze Smokiem galop, był zjazd na nasz camping. Wracając pognałem Smoka już nieco wolniej i konspiracyjnie poklepałem po baku. W taborze fajnie się jedzie, ale raz na jakiś czas trzeba wymieść nagary.

Camping zaskoczył nas wypaloną trawą i brakiem cienia. Grymasiłem, bo na domiar złego nie można było zrobić ogniska. Mimo to musieliśmy zostać, bo w okolicy innych pól namiotowych nie było. Miejsce dostaliśmy w miarę równe, a Smoka bezpiecznie zacumowałem na wybetonowanym kawałku chodniczka. Serce rozdzierał mi żal, bo musiałem zostawić Smoka na chwilę zupełnie samego w obcym miejscu. Nie było wyjścia, ze smoczego grzbietu, Kat wcisnęła mnie w wiesiowy fotel i ruszyliśmy po prowiant.

Łęknica nie jest duża, ale bardzo gwarna. Gdy stary, czerwony Golf 3, wjechał do centrum, poczuliśmy się jak gdyby ktoś przecisnął nas przez lukę w czasoprzestrzeni i osadził w połowie lat 90 -tych. Dla Wiesia i dla nas to wczesne lata młodości. Bazar w Łęknicy tętnił życiem, zapraszał do zakupów pstrokacizną i kolorami. Można tu zakupić koce, dywany, papierosy, buty, kosze wiklinowe, ozdoby i wiele, wiele więcej. Oczy atakują banery, które już na dobre wyszły z mody. Sprzedawcy jak przekupki targowe, zachęcają do zaopatrzenia się na ich stoiskach. Ludzie chodzą po ulicy swobodnie nie zwracając uwagi na ślamazarnie przebijające się przez ten kocioł samochody. Szczerze mówiąc byłem w szoku, że takie miejsca jeszcze istnieją. Podobne widziałem pod Bogatynią, ale nie miało takiego rozmachu i rozmiaru. Zrobiłem zdjęcie rodzinnym Zenitem i klimat dopełnił się. Sam Wiesio odnajdywał się w tej rozwarstwionej na dekady rzeczywistości bardzo dobrze. Jego mocny czerwony lakier, kontrastował z żółtym banerem papierosów. Kto wie, może tuż po przyjeździe do Polski dzielny Golf nie raz, nie dwa odwiedzał takie nadgraniczne magiczne miejsca?

Gdy opadł pierwszy zachwyt, przyszedł czas na zakupy w dyskoncie z bożą krówką w logo. Tu kolejny szok i cofka w czasie o jakieś dziesięć lat. Ciasnota, bałagan, brud, brak kas samoobsługowych i gdzie nie gdzie puste półki, albo napakowane przeterminowanymi produktami. Zdziwiłem się, że można kartą płacić.

Na chwilę jeszcze zajrzeliśmy na stacje benzynową. Jedną potem drugą. Okazało się, że większość z nich jest obsługiwana w dwóch językach. Ceny jak dla ludzi żyjących w Niemczech, kosmicznie niskie. Nic dziwnego, że Łęknica tętni życiem. Punktem, który można by uznać tu za centrum jest niewielki ryneczek z dość zadbanymi kamienicami, które odznaczają się mocno na tle innych zapuszczonych budynków mieszkalnych, leżących już nieco na uboczu. Miejsce to jest i ładne i brzydkie, z pewnością nietypowe i w pewien chaotyczny sposób ciekawe.

GEOŚCIEŻKA I SPADAJĄCE GWIAZDY

Po powrocie na camping rozbiliśmy się i naprędce zorganizowaliśmy grilla. Na miejscu jest wygodny dostęp do kuchni i naczyń, więc nie ma problemu z naczyniami, czy pomyciem wszystkiego. Toalety też czyste, a pod prysznicami ciepła woda.

Po jedzeniu i odpoczynku, wybraliśmy się na spacer. W okolicy jest, co zobaczyć, gdyż utworzono tu geo-ścieżkę, dzięki której można szerzej zapoznać się z krajobrazowo - geologiczną charakterystyką regionu. Zacznijmy od tego, że zwiedzając te tereny poruszamy się po tzw. Łużyckim Wale Granicznym inaczej znanym, jako Łuk Mużakowa. Geopark, który tu utworzono trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ponad to można poznać historię dawnej kopalni Babina. Atrakcji, więc nie brakuje. Zalecam poczytać o nich przed wybraniem się w te rejony, gdyż mnogość możliwości może przytłoczyć. 

Nie brak tu ścieżek rowerowych i widać, że rowerzyści cenią sobie to miejsce, wszak na campingu byli grupą dominującą. Ponieważ byliśmy okrojeni czasowo, a powoli zaczynało robić się szaro, wybraliśmy się zobaczyć kolorowe jeziorka. Po drodze nie brakowało poniemieckich zabudowań, próbowaliśmy też odnaleźć tajemniczy pomnik z czasów II wojny światowej, ale bezskutecznie. Do pierwszego jeziorka dotarliśmy już po zmroku i niestety nie byliśmy w stanie stwierdzić, czy faktycznie posiada jakąś barwę.

Wróciliśmy na bazę noclegową i postanowiliśmy pooglądać nocne niebo. Trafiliśmy na spadanie Perseidów.

BAD MUSKAU I KROMLAU

Rano po śniadaniu sprawnie się spakowaliśmy i rozmawiając chwilę z sympatycznym właścicielem campingu, ruszyliśmy w stronę Bad Muskau, które graniczy z Łęknicą.

Ponownie wmieszaliśmy się w kolorowy bazarowy chaos. Po przekroczeniu Nysy Łużyckiej byliśmy już w niemieckiej miejscowości i chyba w nieco trochę innej rzeczywistości. Bad Muskau poraziło nas, bowiem czystością i schludnością. Było zupełnym przeciwieństwem pstrokatej Łęknicy.

Dobrze utrzymana, stara zabudowa cieszyła oko. To miejsce, w którym, aż chce się zatrzymać i przysiąść na kawę.

Zauważyłem, że w tych okolicach kręci się dużo Simsonów. Była nawet duża wystawa za witryną z niemieckimi motorowerami. Byłem nią zachwycony.

Z Bad Muskau gładkimi drogami przejechaliśmy do Kromlau. To tu w słynnym Parku Rododendronów znajduje się Diabelski Most, znany i lubiany motyw na puzzlach. Wystarczy wpisać frazę w Google, a otrzymamy wyniki w postaci obszernych zbiorów romantycznych fotografii.

Przy parku znajduje się parking, który dla motocykli jest darmowy i wyodrębniony. Ktoś pomyślał i zrobiono nawet podstawki na stopki boczne, dzięki czemu maszyny z pewnością nie zapadną się w glebie. Samochody płacą, ale nie są to jakieś wielkie pieniądze. Dzięki temu, że Wiesio jest z nami mogę zwiedzać bez noszenia ze sobą kasku. Jest to super komfortowe.

Park został założony w 1860 przez Hermanna Friedricha Roetschke. To on był też pomysłodawcą wzniesienia nietypowego, wysokiego i wąskiego mostu. Formalna nazwa mostu to Rakotzbrucke, jak wyczytałem na tablicach informacyjnych, miano pochodzi od łużyckiego słowa rak.

Na zdjęciach i przy dużej dawce photoshopa most robi duże wrażenie, na żywo? Cóż wciąż jest ładny i fajnie odbija się w wodzie, ale żeby poczuć pełnię jego uroku trzeba się tu chyba wybrać późniejszą jesienią. Mimo, że most jest stary, nie wygląda na taki. W oczy rzuca się sztuczność całego założenia. Mi skojarzył się z tymi wszystkimi sztucznymi zamkami wkładanymi do akwariów. Sam park zasługuje jednak na uwagę. Rosną tu "wąwozy różaneczników", które gdy kwitną z pewnością zmieniają to miejsce w zupełnie inną krainę.

Poza mostem warto zobaczyć Dom Kawalera i Pałac, który już z daleka dobrze się prezentuje. Nad nami zaczęły zbierać się ciemne deszczowe chmury, więc po zwiedzaniu mostu postanowiliśmy ruszać dalej.

PRZYGRANICZNE SZLAKI

Z Kromlau nasz tabor ruszył w stronę Zgorzelca, lecz Kat zdecydowała, że pojedziemy stroną niemiecką. To był dobry wybór, gdyż tu nawet drogi o nawierzchni oznaczonej, jako uszkodzona, są bardzo dobrej, jakości. Przede wszystkim naprawiane są całymi, długimi i foremnymi połaciami. Smok pokonywał je spokojnie, bez zachwiań i wstrząsów.

Gdy wróciliśmy na polską stronę przyszło jechać nam drogą tak połataną i złą, że nie powinna być dopuszczona do użytku. Wiesio i jego komfortowe zawieszenie zapewniało dziewczynom i panu B. przyzwoitą, jakość podróży. Smocze możliwości skończyły się bardzo szybko i wpędziły mnie w taką frustrację, że zacząłem rozmyślać o zmianie motocykla i to na zupełnie poważnie. Na tych wertepach odbijał mi się od sklepienia czaszki pomysł na to, by wrócić do GPZ.

Honda kołysała się i trzęsła, słychać było dobijanie zawieszenia, które ciężko było mi znieść, nie tyle fizycznie, co psychicznie. Miałem rażenie, że jeszcze trochę i tylne koło zostanie gdzieś za nami. Ręce od przeszły tenso-terapię i wszystkie te wyboje i dziury zostały wytłumione gdzieś w okolicy łokci i tam zamieszkała pamięć o nich. Do tego zaczęło straszyć deszczem i to nie na żarty.

Kiedy wpadliśmy na drobno brukowaną drogę, miałem wrażenie, że lecę po gładkiej taśmie. Jej stan w porównaniu z asfaltem, przez który przyszło nam przejechać był perfekcyjny. Między jasnymi kostkami bruku, budowniczowie powtykali czarne kamienne kwadraty tworzące rocznik. 1937. Wstyd, dla tych nowoczesnych lanych odcinków niebędących w stanie wytrzymać jednego sezonu.

Deszcz nas nie ominął. Akurat zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji przed opuszczeniem przygranicznej okolicy. Lunęło ostro, ale na szczęście po chwili pogoda się ustabilizowała i w nie najgorszych warunkach ruszyliśmy dalej w stronę kolejnego miejsca noclegowego. Kierunek - Zamek Czocha.

ZAMKOWE ATRAKCJE

Kiedy przejeżdżaliśmy obok zamku, okazało się że trwa tam jakaś impreza związana z fanami Harrego Pottera. Ludzi było mnóstwo, a parkingi przepełnione. Zrezygnowaliśmy z pchania się w tłumy i dojechaliśmy do miejsca campingowego.

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI PO RAZ DRUGI

Miejsce od razu mnie urzekło, prowadziła do niego wąska niepozorna ścieżka, co było tylko zapowiedzią, tego, co kryło się na jej końcu. Zajechaliśmy pod duże zabudowania gospodarcze, z pewnością pamiętające jeszcze niemieckich właścicieli. Przed Smokiem rozlało się lustro jeziora Leśniańskiego. W niecce pokrytej zieloną trawą, stały campery, namioty i sporo starych przyczep campingowych. Piękne miejsce.

Kat poszła ustalić formalności. Opłata za namiot była śmiesznie mała w stosunku do tego, co musieliśmy zapłacić w Łęknicy. Mimo to, gdy dziewczyny dowiedziały się, że przyczepkę można wynająć do spania, klamka zapadła. Nie kosztowało nas to jakoś wiele więcej niż, pole namiotowe w Bronowicach.

Klimat był rzecz jasna wspaniały i powróciło wiele wspomnień. Wiesio, gdy stanął obok przyczepki wyglądał jakby właśnie zrzucono mu ją z haka. Sama przyczepka - wewnątrz bez luksusów, ale czysto i z prądem. Sanitariaty też przenoszą do PRL-u, ale w tym jest właśnie magia takich miejsc. Co bardziej wrażliwi mogą nie dać rady.

Nieocenionym plusem, była możliwość zrobienia ogniska.

Tak jak poprzednim razem pojechaliśmy po prowiant. Tym razem do Leśnej, w której byłem jakoś z miesiąc wstecz. Znów zostałem posadzony za kierownicą Wiesia, tak dla odmiany.

Później zbieraliśmy z J. drewno na ognisko. Było ciężko, po deszczu zrobiło się duszno, a z badylami trzeba było się nachodzić. Nie mniej ognisko się odbyło i wszyscy czuliśmy się spełnieni. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się i wspominaliśmy. Mimo wszystko nasze ogniskowe opowieści nie trwały zbyt długo, bo cała czwórka była już nieco podmęczona drogą.

W przyczepie spało się komfortowo i bezpiecznie od deszczu, który wciąż strasząc ulewami w końcu nie nadszedł. Rano o piątej, gdy rytualnie wyszedłem do WC, zastałem jezioro owładnięte oparem. Wiesio odpoczywał w towarzystwie Smoka. Oboje pokryci byli rosą. Ciekawe, jakie mieli sny.

 W STRONĘ DOMU

Nasz wypoczynek zawierał się w trzech krótkich dniach i objazdówce przy granicy. Było ciekawie, pięknie i nostalgicznie. Wracając postanowiliśmy zatrzymać się we Lwówku Śląskim, który uwielbiam za schludność i malowniczość. Zjedliśmy tu lody i ruszyliśmy dalej. Drogi już dobrze znane i lubiane.

Niedaleko Złotoryi w Jerzmanowicach -  Zdroju, Kat wynalazła atrakcję, która przerosła moje możliwości. Był to wiadukt kolejowy rozwieszony nad Kaczawą. Ogromne ubytki i przestrzenie w dole, których płynęła woda to jak urzeczywistniony horror dla mnie. Reszta łącznie ze zwinnym panem B. bez trudu poradziła sobie z wiaduktem i jego dziurami.

Trakt kolejowy, którego fragmentem przechadzały się dziewczyny, łączył dawniej Złotoryję i Lwówek Śląski. Linia została otworzona w 1896. Zamknięto ją w 1991 ze względu na zły stan techniczny. Od wielu lat niekonserwowana i zaniedbywana w końcu zaczęła ustępować wpływowi czasu i warunków atmosferycznych, a szkoda! Wiszące tory powstały na skutek podmycia nasypu. Niepozorna i zwykle spokojna Kaczawa pokąsała nasyp w 2013 roku, gdy jest stan podnosił się do powodziowych poziomów. Wiadukt może zobaczyć każdy, bo nikt nie broni na niego wstępu, ale należy zachować najwyższą ostrożność!

W okolicy warto zobaczyć też Krucze Skały. My tego nie zrobiliśmy gdyż, co raz większą presję zaczynały wywoływać na nas chmury wieszczące deszcz. Ostatecznie dopadł nas, jednak w dobrych okolicznościach, bo zatrzymaliśmy się akurat na zdjęcia i wszyscy zdążyliśmy schować się przed ulewą w Wiesiu.

Później opady mniejsze lub większe prześladowały nas aż do Wrocławia, gdzie ostatecznie pogoda ustąpiła i nawet wyszło słońce.

KONIEC

To było ciekawe doświadczenie jechać na wyjazd motocyklem w towarzystwie samochodu. Z pewnością mocno ułatwiało to sprawę z noszeniem i przewożeniem bagażu. Mimo to w stricte motocyklową podróż raczej nie chciałbym ciągnąć za sobą samochodu, jako zabezpieczenia. Choć kto wie, może przyjdzie i na to czas.

Nie zwiedziliśmy jakoś szczególnie dużo, jednak narzekać nie mogę. Zły stan dróg sprawił, że w sercu powstał kolejny zadzior jątrzący pytanie czy aby na pewno potrzebuję w swoim życiu CBR. Kolejne przygody przyniosły już odpowiedz na to pytanie.




PRAKTYCZNE

Poniżej podaję listę odwiedzonych miejsc, adresy i cennik campingów.

Camping Lena - Bronowice ul. Partyzantów 12 - cena 35zł od osoby za spanie pod namiotem.

https://noclegi-leknica-lena.pl

Park Mużakowski - Bad Muskau - wstęp za darmo, płaci się tylko za parking. Motocykle parkują za darmo. Miejsce jest wyznaczone i dobrze przygotowane.

Gościniec u Buckich - Sucha 11 - Za jedną noc na 3 osoby w przyczepie zapłaciliśmy 100zł. Rozłożenie namiotu to koszt 10zł. 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz