poniedziałek, 26 lipca 2021

ROMET WOLIN TRIP RELACJA CZĘŚĆ 2 – START

 

PROLOG

Skąd w ogóle wziął się pomysł na to, by ruszyć w dłuższą trasę małymi motocyklami o pojemności 125? W zasadzie był to zlepek marzeń i planów tkanych przeze mnie i mojego wieloletniego przyjaciela Dżigersa. Odkładane na bok i wypierane przez bardziej priorytetowe sprawy, plany te dopiero po latach doczekały się realizacji. Proces ten przyśpieszył fakt, iż sezon ten jest wyjątkowo ubogi w jazdę na motocyklu i wszystko odbywa się bardzo budżetowo. Nie mniej, gdyby fundusze były większe i tak wybralibyśmy małolitrażowe sprzęty. Podróżowanie na nich to zupełnie inna kategoria przygody.

 

START

 

Długo nie mogliśmy zdecydować się z Dżigersem gdzie właściwie wyruszyć. Kiedy tylko ustanowił się termin wyprawy, zaczęliśmy rozważania na temat kierunku w który chcieliśmy się udać. Na początku doszliśmy do wniosku, że oboje potrzebujemy poczuć odległość i stan bycia w trasie. Postanowiliśmy więc, opuścić nasze podwórko. W ten sposób wyeliminowaliśmy kierunek południowy, który obieramy na mniejsze i większe wycieczki kiedy tylko jest okazja. Najbardziej kusił nas wschód i północ. Po rozmyślaniach z niekrytym żalem odpuściliśmy Bieszczady i Podlasie. Obawialiśmy się ulewnych deszczy, które lubią występować o tej porze roku, szczególnie w Biesach. Tym samym zorientowaliśmy nasze myśli ku północy i morzu.

 

Za cel obraliśmy Wolin. Mnie ciągnęło tam szczególnie ze względu na stworzoną tam osadę wikingów. Poza tym, żadne z nas nigdy nie było w tym rejonie, a i do morza było już bardzo blisko.

 Zanim przejdziemy dalej przedstawię bohaterów tej niesamowitej epopei.

 



Dżigers

Mój przyjaciel od wielu lat. Wypiliśmy beczkę(nie jedną) piwa i przeszliśmy razem nie jedno. To człowiek opanowany i dalece cierpliwy jeśli chodzi o mechanikę motocyklową. Posiada zbliżone do mojego poczucie humoru i umysł ścisły, co jest dobrym kontrastem dla moich humanistycznych zapędów. Wielbiciel bagien i roślin owadożernych. Jego staż motocyklowy wynosi jakieś 13 lat. W jego stajni znalazły się takie maszyny jak Jawa 50 tzw. Kaczka, Suzuki Bandit 600, Romet K 125, Ducati Monster i dwukrotnie Kawasaki GPZ 500 z czego ten drugi przypadek trwa do dziś. Dżigers ma za sobą już wyjazd 125 na Podlasie oraz większe i mniejsze wyjazdy na większych motocyklach.

 

ROMET ADV 125 – ŻUK

 Nowy nabytek Dżigersa. Kupił go spełniając niejako swoje marzenie o posiadaniu motocykla od nowości. Poza tym w grę wchodziły względy praktyczne i oszczędnościowe. To maszyna do wszystkiego, która jest w dodatku tania w użytkowaniu – o to chodziło Dżigersowi. Romet ADV 125 to maszyna dobrze znana rynkowi małych motocykli. Rama i osprzęt przystosowane są do łazikowania po bezdrożach. Dużym plusem są wszechobecne stelaże na których można rozmieścić szpej. Romet ADV 125 Dżigersa posiada już wtrysk i głównie tym różni się od mojej maszyny. Silnik generuje niewiele, bo ok. 7 KM. To dobrze wyglądający niezłomny, choć niezbyt szybki zdobywca bezdroży.

 

Doriano

Czyli ja. Szalona głowa pełna pomysłów i marzeń. Często wodzirej wszelkich naszych wypraw. Znacie mnie dobrze od jakiegoś czasu. Nie chcę się niepotrzebnie rozpisywać, a bardziej ciekawych mojej osoby odsyłam do zakładki „ O Autorze”.


ROMET SOFT 125 – MAŁA MOSKWA

 

Motocykl kupiony przeze mnie trochę na gorąco i pod wpływem chwili. Wyglądem ma kojarzyć się z soft chopperami, chociaż ani z niego chopper, a już z pewnością nie soft. W moich rękach motocykl przeżył zupełną zmianę wizerunku, tak iż często jest mylony z jakimiś zabytkami, albo w ogóle nie rozpoznawalny. Mały, sztywny i niewygodny. Świetnie radzi sobie w mieście, ale nie stworzono go do dalekich podróży, czy już tym bardziej jazdy w terenie. Osobiście robię z niego motocykl zupełnie uniwersalny i łamię wszelkie kanony związane z typologią maszyn. Silnik to bardzo udana jednostka o mocy ok. 10 KM. Mała Moskwa to wierny i długo niedoceniany przeze mnie kompan.

 

RUSZAMY

 

Wyjazd nastąpił 11.06.2021 o godzinie około 20. Ruszyliśmy z Wrocławia w stronę Poznania lokalnymi podrzędnymi drogami i postanowiliśmy się tego trzymać. Ruchliwe szosy szybkiego ruchu, choć z pewnością zaoszczędziłyby nam czasu, były nudne i męczące przy maksymalnej prędkości 80 km/h jaką osiągaliśmy.

 

Zdecydowaliśmy się dotrzeć do miejsca biwakowego znajdującego się między Poznaniem, a Gnieznem. Dokładnie była to miejscowość Dąbrówka Kościelna. Jazda wieczorem i nocą ma swój niepowtarzalny klimat i oboje z Dżigersem o tym wiedzieliśmy, bo każde z nas już kiedyś przeżyło taki wyjazd pod gwiazdami.

Sporą niedogodnością było to, że nasze motocykle nie generowały jakoś szczególnie dużo światła. Przydały się małe ledowe lampki, które domontowałem przed wyjazdem. Jednak kiedy wjeżdżaliśmy w zaciemnione tereny, jak to ujął Dżigers: mrok pochłaniał światło reflektorów.

 Podekscytowani wyprawą na którą tyle czekaliśmy, praktycznie bez przerwy rozmawialiśmy przez intercomy. Poruszaliśmy kwestie filozoficzne, dotknęliśmy moralności człowieka, tego, że ma prawo do bycia z góry uprzedzonym, oraz ma prawo zmieniać zdanie. Snuliśmy wywody tak głębokie, jak tylko mogą być tego typu gawędy motocyklowe.

 Jadąc w chłodzie wieczoru zatrzymaliśmy się dopiero w Miejskiej Górce, która przywitała nas niesłychanie ciekawym klimatem usypiającego miasteczka.

 

ŚREM

 To tu zatrzymaliśmy się na pierwszą dłuższą przerwę i kawę. Kiedy motocykle wtoczyły się na stację benzynową było około godziny 23:30. Postanowiliśmy wypić kawę. Dżigers ubrał się cieplej i naciągnął łańcuch w Żuku. Zrobiliśmy szybką inspekcję motocykli i po wytarciu szybek w kaskach z much, ruszyliśmy dalej.



 

SPADAJĄCE GWIAZDY

 Motocykle pracowały miarowo, a my dalej rozmawialiśmy. Niebo nieco się zachmurzyło, ale gwiazdy wciąż było widać dość dobrze. W pewnym momencie jedna z nich rozbłysła, przesunęła ogonem po ciemnym firmamencie i zgasła. Oboje z moim przyjacielem uznaliśmy, że to niezwykle magiczne – jadąc na motocyklu obserwować spadające gwiazdy. Na dużym motocyklu raczej ciężko o taką spostrzegawczość, głownie ze względu na prędkość, która wymaga znacznie większego skupienia.

Przejechaliśmy niewielki odcinek szosą szybkiego ruchu i o godzinie 1:40 stanęliśmy w Poznaniu. Tu zakupiliśmy prowiant na śniadanie, oraz trunki zwycięstwa. Po krótkiej przerwie obraliśmy już bezpośredni kierunek na miejsce biwakowe.

 

MROK LASU

 Prowadził nas GPS i możecie wyobrazić sobie nasze zdumienie, kiedy nagle spod kół zniknął asfalt, a pojawiła się sypka gruntowa nawierzchnia nad którą po obu stronach wisiał las. Reflektory oświetlały niewiele. W tej namiastce światła widzieliśmy konary drzew i gałęzie przybierające rozmaite kształty. Straciliśmy pewność, czy aby na pewno dobrze jedziemy. Zastanawialiśmy się co będzie, jeśli wylądujemy w środku lasu. Baliśmy się też, że taką jazdą zwyczajnie łamiemy prawo i możemy się obudzić rankiem w towarzystwie leśników z gotowymi wypisanymi mandatami.

 Jazda Rometami przez las w środku nocy podnosiła nam skutecznie adrenalinę. Zniknęło zmęczenie i znużenie. Pokonywaliśmy nierówności, starając się nie stracić kontroli nad objuczonymi motocyklami i jednocześnie wypatrywaliśmy potencjalnego niebezpieczeństwa, które nagle mogło wyskoczyć z lasu. Zaczęły budzić się wszystkie słowiańskie demony jakie znam. Ostatecznie uznaliśmy, że chyba najgorsze co może nas teraz spotkać to obcy człowiek na drodze. Uspokajaliśmy się nawzajem i chwytaliśmy logicznych i racjonalnych wyjaśnień, dlaczego GPS wybrał akurat taką trasę. Ostatecznie to ja sprawdzałem biwak i Google zapowiadało wiatę przy jakieś drodze. Nie w ciemnym, głuchym lesie. Tego się chwyciliśmy i praliśmy dalej naprzód.

 

Po jakimś czasie las ustąpił i pojawiło się skrzyżowanie. Momentalnie pojaśniało. Prawie wszystkie nasze obawy i strachy zostały w mroku lasu. Gdy wkraczaliśmy na teren biwaku, przez drogę przeleciało stado spłoszonych saren, którym upiornie świeciły się oczy kiedy tylko wpadł w nie strumień światła.

 Postawiliśmy maszyny przy wiacie. Kiedy zgasły silniki od strony zadrzewienia słyszeliśmy liczne trzaski łamanych gałęzi. Nie wiedzieliśmy czy to sarny, czy dziki. Czy może jedno i drugie, albo jakiś wytrącony ze snu nocny bies.

 Obóz przenieśliśmy pod przerzedzone drzewka, tak że mieliśmy wyjście z namiotu, a co za tym idzie, i widok na drogę oraz skrzyżowanie. Motocykle stały po obu stronach namiotu. Tak czuliśmy się nieco bezpieczniejsi. Po godzinie trzeciej siedzieliśmy już przy stoliku i komisyjnie spożywaliśmy trunek zwycięstwa.

 

To była dla mnie dość ciężka noc. Las żył swoim rytmem. Słyszałem jego mieszkańców, a ptaki wybudzały mnie z lekkiego snu, bo mam podobne trele ustawione jako budzik w telefonie. Dżigers spał jak dziecko do czasu, aż o 10 obudziła go osa, która dostała się pod tropik i tłukła się jak oszalała.

 

Na tym zakończymy tę część opowieści. Przeżycia z przełomu piątku i soboty były niesamowite i ekscytujące. Sam fakt wyruszenia z domu mocno nas pobudzał i pchał dalej naprzód. Choć niewyspany byłem dobrej myśli, do póki nie zaczął padać deszcz.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz